Wampturarmem: TCHE ZAKON i inne ciekawe opowieści

Miejsce, gdzie każdy może się pochwalić pisanym przez siebie słowem

Wampturarmem: TCHE ZAKON i inne ciekawe opowieści

Postprzez M Krukow » 22 kwi 2012, o 13:33

Hoshi Akari również zasługuje na moje z pełną świadomością i premedytacją żenujące dzieła. Od dawna chciałem napisać poniższy tekst, jednak nie trafiła mnie odpowiednia wena aż do niedawna. Życzę przyjemnej lektury, radzę podejść z dużą dozą dystansu (zwłaszcza jeśli ktoś nie zna moich wcześniejszych arcydzieł) i zaznaczam, że najprawdopodobniej wszelka moja inna twórczość również wystąpi w tym temacie.

WAMPTURARMEM: TCHE ZAKON
część 1

Nazywam się Bartek. Jestem wampturarmem, czyli wampirem szczególnej rangi. Ostatnie tysiąc sto jedenaście lat przeżyłem tkwiąc uwięziony w ostatniej dziesiątce listy przebojów "disco polo reflux", na pozycjach ułamkowych. Teraz, po ostatecznym wymazaniu tego programu z powierzchni wszechświata, znów swobodnie kroczę po Ziemi. Wkraczam na przestwór Żoliborza Wampirycznego, domu wampirów, wąpierzy, wąsirów, wampapirusów, wampturarmów i innych krwiopijczych stworzeń. Totalny sajgon, jaki zastaję, aż za dobrze świadczy o tym, że jest to linia frontu toczonej od tysiącleci wojny pomiędzy arystokratycznymi klanami ASDF
(znanym także jako ASDFGHJKL) i QWERTY.
Celem znalezienia miejsca stałego pobytu, wpadłem na genialny pomysł: pogadam z kim popadnie.
-Ej wy, macie tu gdzieś jakieś wolne mieszkanie?
-A kogo obchodzi mieszkanie? Zaraz i tak stąd się wszyscy wyniosą.
-A to niby czemu?
-Sam zobacz.
Wampiry wszystkich możliwych gatunków stały w wijącej się niczym smok wawelski na paradzie zwycięstwa w Pekinie kolejce, z kankami, kanistrami i butelkami po wodzie mineralnej z nakryształowiejszych źródeł, przed niepozorną budką. Tupiąc z niecierpiwością zarzucili wszelkie toczące się rozmowy, gdy z budki wyszedł garbaty Pomocnik w fartuchu.
-Przykro mi, ale krwi dzisiaj nie będzie.
Zapanował gwar.
-NO JA CHYBA WSZYSTKICH POWYSTRZELAM! - krzyknął jegomość w czerwonym płaszczu i dobył plastikowego pistoletu na wodę.
-O ŻESZ! PADNIJ - wszyscy padnęli bądź pozamieniali się resztkami mocy w jakieś bardziej logistyczne kształty.
Typ w czerwonym płaszczu kontynuował swoje żale.
-JA PROTESTUJĘ! TO JA TU CZEKAM OD PRZEDWCZORAJ A W KOŃCU NIE DOWIEŹLI?
-Spokojnie, panie
-NIE BĘDĘ SPOKOJNY! CO ZA KRAJ! TYRAM JAK OSIOŁ NA WYSPACH NA ŻE TAK POWIEM ZMYWAKU TYLE LAT A JAK WRACAM, KRWI NIE UMIEJĄ DOWIEŹĆ? JA PROTESTUJĘ!

Chłopak był wyraźnie roztrzęsiony, tak jak i okolica, która tkwiła zawieszona między wyraźnym głodem, a tym, którego najbardziej ten głód zabolał. Postanowiłem rozbroić sytuację, z racji tego, że miał w ręku plastikowy pistolet z wodą święconą, o czym wspominał dziesięć razy przy każdej wypowiedzi.
-Kolego, protestować to mógłbyś sobie nawet i pięćset lat, a teraz zachowujesz się jak totalna pipa.
A nie, nawet nie jak pipa...
-CICHO BO ZASTRZELĘ WSZYSTKICH
-E E E, nie tak prędko! - Ostudziłem jego zapał. Miałem w zanadrzu wielki atut, dzięki temu, że moja klęska sprzed tysiąc stu jedenastu lat dokonała się w Poniedziałek Wielkanocny.
-Co mi zrobisz, ty... ej, jak się nazywasz tak w ogóle?
-Jestem Bartek, a to jest moje JAJKO PSIUKAJKO, wypełnione wodą swięconą w nie mniejszym stopniu niż twój pistolet!
Oczywiście, nie mogła to być prawda. Blefowałem. Lecz szczęście sprzyja Wamputrarmom, więc to łyknął. Wciąż jednak tkwiliśmy w pozycji kozacko-tatarskiej (znanej powszechnieJ jako zugzwang), mierząc w siebie swoje śmigusowo-dyngusowe uzbrojenie.
-STAĆ! NIE RUSZAĆ SIĘ!
I tak nikt się nie ruszał, więc było to kompletnie nie w porę. Obaj wystrzeliliśmy. Jego święcona woda i moja przegniła, nazwijmy to, też woda, trafiły w siebie nawzajem. Z tego niesamowitego połączenia powstało pokraczne, pierzaste Klu Programu, które spłoszyło się i uciekło.
Zostaliśmy bez amunicji. Nagle jakaś dziwna niby to słoniowa trąba zabrała zarówno moje jajko, jak i sprzęt mojego adwersarza. Jej dzierżycielka była szczupłą, lecz niestety grubo ciosaną przedstawicielką kobiecego rodu. Miała ze sobą kostur, na którego końcu tkwiło coś jak łeb makrauchenii. (Co to jest makrauchenia, rzecz jasna nie trzeba tłumaczyć. Ja wiem, więc automatycznie wiedzą wszyscy). W trąbce makrauchenii zaś - pistolet i jajko psiukajko.
-Rozejść się! Jestem kobieta w ciąży, mogę wejść bez kolejki.
Dziwne. Nie wyglądała jakby była w ciąży. Wytknąłem jej to.
-Moja ciąża jest stricte, a co więcej - ekstremalnie pozamaciczna.
A teraz dawać moją krew spod lady.
-Kiedy nie ma - odrzekł sprzedawca- nasz lewy autobus krwiodawczy przepadł.
Cały tłum, zrezygnowany i apatyczny, zaczął się rozchodzić.
-JAK TO NIE MA? Krzyknęła Ciężarna
-JAK TO PRZEPADŁ? - Krzyknął Bartek czyli ja.
-Szukaliśmy go wszędzie, zupełnie zniknął.
-My tu zaraz poumieramy z głodu.
-Ale co ja na to poradzę proszę pani. Proszę przyjść w czwartek.
-Nie, to nie przejdzie. Jestem kobieta ciężarna, mi wolno wszystko! Dzwonię po Zakon Konia! Dobyła więc telefonu. Wyglądał na stacjonarny. Istotnie, od niej można było dostrzec wleczący się niczym owoc współżycia ślimaka z czarną mambą ślad i nie tylko ślad kabla, ale i sam kabel.
-Zakon Konia? Zdziwiłem się głośno- Głośno dziwi mnie to, że znasz ich namiary!
-Ja też ich nie znałam ale widzisz co tu pisze.
-JEST NAPISANE!
A jednak myliłem się. Była to zapętlona w jakiś dziwny sposób "animacja" graffiti które na długości potężnego muru samo się pisało: JEŚLI SZUKASZ ZAKONU, ZAKON CIĘ ODNAJDZIE a dalej numer podany w znakach które zwykłemu śmiertelnikowi rozsadziły by mózg w połowie odczytania pierwszej trójki. W każdym razie wisiała tak na słuchawce dobre cztery gołoty zanim ktokolwiek podniósł słuchawkę. (jeżeli chcecie sobie postymulować co nieco, na przykład wyobraźnię, proponuję ten oto http://www.youtube.com/watch?v=oslf4NxwH_A skromny utwór jako reprezentację dźwięków obecnych w słuchawce na Fajnotajnej Linii Zakonu Konia.)
Ktoś jednak tę słuchawkę podniósł. Ciężarna natychmiast podjęła się gadania.
Zanim jednak skończyła pierwsze zdanie swojej boleści, nasze podłoże uległo radykalnej zmianie i machnęło się do góry nogami, powodując nasz długi i bolesny upadek w głąb podziemi.

NIESTETY CIĄG DALSZY JEST (po prostu nie chcę wrzucać zbyt długiego tekstu za jednym razem)
... a zatem strzeż się gniewu Bartka http://gifsoup.com/webroot/animatedgifs/69275_o.gif
Avatar użytkownika
M Krukow
Aktorzy
 
Posty: 16
Dołączył(a): 6 sty 2012, o 23:06
Mikrofon: tracer

Re: Wampturarmem: TCHE ZAKON i inne ciekawe opowieści

Postprzez Bunny_Kou » 22 kwi 2012, o 14:30

Kruku to jest EPIC! Muzyka słuchawki rządzi :D Do tego skrzyżowanie ślimaka z czarną mambą jak i sam kabel wydają się wyszukaną metaforą XD


JA CHCE MOJĄ KREW SPOD LADY!!!!! :mamoru:

*ja przynajmniej wyglądam na ciężarną
Bunny_Kou
 

Re: Wampturarmem: TCHE ZAKON i inne ciekawe opowieści

Postprzez M Krukow » 22 kwi 2012, o 15:55

Jestem tak mądry, że pomyliłem dział. Czy mogę prosić stosowne organa o przeniesienie do "kącika literackiego"?

Bunny, dziękuję za przeczytanie i wytrzymanie natłoku czystego debilizmu jaki tu chcąc nie chcąc jest zawarty.
Życżę smacznej krwi Mamoru spod lady.
... a zatem strzeż się gniewu Bartka http://gifsoup.com/webroot/animatedgifs/69275_o.gif
Avatar użytkownika
M Krukow
Aktorzy
 
Posty: 16
Dołączył(a): 6 sty 2012, o 23:06
Mikrofon: tracer

Re: Wampturarmem: TCHE ZAKON i inne ciekawe opowieści

Postprzez Bunny_Kou » 22 kwi 2012, o 20:53

Czytałam z Boomem na głos, więc pewnie niedługo pojawi się i jego recenzja ;)
Wątek już przeniosłam
Bunny_Kou
 

Re: Wampturarmem: TCHE ZAKON i inne ciekawe opowieści

Postprzez M Krukow » 18 maja 2012, o 21:20

DRUGI ODECINEK WAMPTURARMEM
Kontynuacja zajmującej historii
Tylko trzy i pół tygodnia za późno wysłana
serdecznie zapraszam do lektury

TCHE ZAKON - część 2 -
Było zielono i metalicznie. Trafiliśmy do podziemnej bazy. Ciężarna kobieta przywracała swoje kości do stanu używalności, ja zaś podciągnąłem się dzięki koniu, wiszącemu na łańcuchu, niczym rączka od takiej bardziej epickiej spłuczki. Otworzyłem nieopatrznie akwedukt, który przywiódł ku nam naszego gospodarza. Z początku jego niepozorny kształt zasłonięty był przez wyjątkowo dobrze skrojoną pelerynę.
-Kim jesteś?
-Jestem Średnim Mistrzem Zakonu Konia, mówcie mi... - tu odsłonił swoje oblicze - WAMPOPOTAM! - jego oblicze i ogólnie fizyczna postać miała w zasadzie kształty hipopotama karłowatego, co prawda dwunożnego i odzianego w wyjątkowo dobrze skrojoną pelerynę.
-Czego wam potrzeba?
Ciężarna już miała mówić
-A nie, zaraz, przecież ZAKON WIE WSZYSTKO!
Wampopotam wyciągnął kartkę. Więc szukacie zaginionego autobusu kro... krowo... krakowo... krszczpsz
-Krwiodawczego
-A no... tak. Wybaczcie, to niestaty prawda, że moje parzyste kopyta nie są stworzone, by pisać.
-Ciężarna, ty z nim gadaj. Ja muszę wyjść na chwilę.
-Gdzie ty leziesz?
-Muszę chwilę pobyć między wierszami.
-Nie rozumiem o czym mówisz.
-Idę do kibla.
-Mogłeś inaczej to ująć, nie musiałam o tym wiedzieć!
-Przecież ująłem to na początku inaczej.
-Ehh faceci, wszyscy to kompletne durnie.
Nie dość że grubo ciosana, to i słuchając jej można by odnieść wrażenie, że gdyby zredukować męskość do kompletnej głupoty, mogłaby robić za mężczyznę. Ale ona była Ciężarna, jej wszystko było wolno.
Ja zaś przeciwnie, bo szybko, umknąłem na tak zwaną stronę, ale udało mi się przechytrzyć oboje.
Wszedłem do pokoju, w którym stała wygodna kanapa z nienajgorzej skrojoną narzutą, choć w skali narzut i peleryn peleryna wampopotama była znacznie lepiej skrojoną peleryną, niż narzuta narzutą. Włączyłem telewizor, akurat leciał program na Naczynal Dżemografik.
"Tutaj, proszę państwa, kamery ukazują typowy widok schyłkowej ery mezozoicznej. Oto, odziany w średnio adekwatną pod względem stylu pelerynę tyrranosaurus rex, wyposażony w wyjątkowo wydatne uzębienie przednie, przemierza przestworza goniąc za wyjątkowo apetycznym autobusem krwiodawczym.
-Ej chodźcie tutaj! - Krzyknąłem - mamy autobus!
-Wiedziałem! Zakon Konia zawsze pomoże wam dotrzeć do prawdy.
-Dobra, chciałabym tylko wiedzieć, jak mamy się do nich przedostać.
-PAUZA! Uff, zdążyliśmy tuż przed przerwą na reklamy - odetchnął z ulgą Wampopotam.
-Co to ma wspólnego z naszą sytuacją?
-Więcej niż myślisz. Dotknij ekranu.
Spróbowałem. Nie mogłem. Trafiłem w pustą przestrzeń. Mogliśmy normalnie przejść do środka ekranu telewizyjnego. Od razu ja i Ciężarna wpakowaliśmy się tam. Od razu zamarliśmy w bezruchu.
Usłyszeliśmy tylko śmiech Wampopotama.
-Ale głupi jesteście! Najpierw trzeba było odpuścić pauzę!
Wtem jednak coś się zepsuło. Obudziłem się w jakimś nieznanym mi mieście, które płonęło. Wszędzie biegały krowy, jak w takim bardziej swojskim Jumanji. Włosy sięgały mi do łydek. Usłyszałem krzyki układające się w kakofoniczną pieśń.
-KLAN QWERTY TO NAJLEPSZY JEST KLAN! A NA ASDF JA SERDECZNIE ****!
-ASDF! GHJKL! KAŻDY FAN QWERTY TO ****** C****! Dwie grupy wampirów odzianych w elegancko skrojone peleryny okraszone barwami klanowymi zaś uzbrojonych w kamienie, tulipany i najróżniejsze kije, zmierzały ku pełnemu gorących uczuć spotkaniu. Szkoda tylko, że punkt w którym miało dojść do bezpośredniego zderzenia to był punkt w którym właśnie stałem ja.
Nagle znowu widziałem szybkie przesunięcie obrazów, tak wylądowałem w erze, gdy panowały dinozaury, a na głowie miałem jeszcze coś w miarę eleganckiego, ledwo do ramion.
Wciąż jednak nie mogłem się ruszać.
-Wybaczcie mi, moje parzyste kopyta nie są stworzone, by od razu trafiać we właściwe guziki pilota.
Tym razem nacisnął dobrze bo odpuściło. Wciąż jednak nasz bezcenny autobus z krwią był ścigany przez bezwzględnego tyranozaura-wampira.
-Co tak stoicie? Łapać go!- Ciężarna rzuciła się w pogoń.
-A kogo mamy w końcu łapać? - krzyknąłem, bo nie byłem pewien.
-Racja, laska stój, musimy obmyślić plan.
-Obaj się nie znacie, widzicie że ten autobus ledwo dycha, znaczy się pierdzi.
Kończyło mu się paliwo.
Ciężarna wyjęła więc monetę trójzłotową i rzuciła w stronę upragnionego przez cały Żoliborz Wampiryczny autobusu. Pochłonięta przez pojazd, tchnęła weń nowe życie.
-Co się tak gapicie? Autobus jest napędzany jałmużną. Teraz może sobie pouciekać, a my obmyślimy po kolei plan.
-Zrobimy tak- zalecił Wampopotam - Ja i Ciężarna złapiemy autobus na lasso, podczas gdy ty, Prastary Bartku, zajmiesz Tyranozaura Wampira.
-Ok,chyba wiem jak to zrobić- bo rzeczywiście, widziałem. Sytuacja była o tyle pomyślna, że autobus i tyreks ganiali dookoła. Wspiąłem się więc na koronę najwyższego Miłorzębu i dobyłem swojej ulubionej broni: Maczugi Przekonania. Tyranozaur nie spodziewał się, gdy lecąc, zaatakowałem go z flanki.
-Ej ty, masz jakiś problem? - Krzyknąłem i po chwili moja "maczuga" (w rzeczywistości kształtny, bejsbolowy kij), tknęła jego istoty w najbardziej bolesny sposób. Tyranozaur spadł na ziemię i się poturlał. Ja tak samo, ale inaczej, bowiem spadki i wzloty na liście przebojów przez tysiąc sto jedenaście lat nauczyły mnie kontroli nad równowagą.
Tyranozaur wstał.
-Ała, dlaczego to zrobiłeś! Ja cię nie uderzyłem!

Wyjątkowa pierdoła. Znakomicie. -Dawaj portfel i komórę! - przedstawiłem swoje żądania klarownie.
-Nie, ja mam całą kolekcję komórek z hello kitty!
-Opróżniamy kieszoneczki, albo sponiewieram ci tibiusię tym kijaszkiem!
Tyreks próbował protestować, ale kiepsko mu to wyszło.
-Tibiusię? Przecież nawet nie wiesz, gdzie mam komputer!
-Miałem na myśli łacińską nazwę kości piszczelowej!
-NIEEEEEEE! -Trudno było się dziwić jego postawie, jednak sądzę że trochę za bardzo poniosła go panika gdy wyrzucił stos telefonów. Gwoli efektu psychologicznego, z przekonaniem a tym bardziej z "maczugą" zacząłem miażdżyć te uroczo kiczowate telefony. W trakcie tego okrutnego, przyznać muszę, zabiegu, tyreks zmienił kolor około osiemnaście razy, aranżację członków zaś kilkadziesiąt, nie wiem dokładnie, gdyż byłem skłonny do niszczenia, aniżeli do liczenia, zwłaszcza że swoimi odgłosami cierpienia dotknął kilku różnych skali dźwiękowych.
-Będziesz ganiał za autobusami? Będziesz?
Dinozaur wampir nic nie mówił. Wydał tylko ostatni, żałosny jęk i pękł jak balon, srllllulając w siną dal.
Tymczasem, Ciężarna i Wampopotam prowadzili autobus ku przejściu. Niestety jednak, trudno było przecisnąć kilkutonowy wóz przez okienko ekranu od telewizora. Tu znów musiałem wkroczyć ja, korzystając z siły uderzenia swojej nieśmiertelnej maczugi. Autobus był trochę poskręcany, załoga zmachana, ale wszyscyśmy byli z powrotem w tajnej bazie Zakonu Konia. Co prawda nie dało się wyciągnąć autobusu na powierzchnię w całości, lecz paczki pełne krwi podążyły ku upragnionej klienteli.
Ale to nie był koniec tej historii, w żadnym razie.
... a zatem strzeż się gniewu Bartka http://gifsoup.com/webroot/animatedgifs/69275_o.gif
Avatar użytkownika
M Krukow
Aktorzy
 
Posty: 16
Dołączył(a): 6 sty 2012, o 23:06
Mikrofon: tracer


phpbb31 themes

Powrót do Kącik literacki

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron